Już minął tydzień. Pierwsze moje odczucia w Bejrucie to jakbym trafił do solarium. Jest gorąco, ale na szczęście wszędzie są klimatyzatory. Słońce jedynie się schowało.
Trochę zwiedzania (Byblos jest piękny), chodzenia, krótki rejs łódką; już zdarzyło mi się nawet zgubić chodząc po mieście;) I na każdym kroku czekają na mnie jakieś niespodzianki. Tutaj nie ma tak rygorystycznych sygnalizacji świetlnych jak w Polsce, chcesz skręcić – trąbisz, chcesz ruszyć do przodu – trąbisz, jeśli chcesz taxi – sama na Ciebie zatrąbi, jeśli chcesz przejść przez ulicę to po prostu idziesz – wymuszasz pierwszeństwo, ale ostrożności nigdy za wiele.
Miasto kontrastów: pójdziesz w głąb dzielnicy i masz widok na tutejsze stare kamienice,
charakterystyczne punkty jak np.: małe gabinety fryzjerskie mieszczące się na prawie każdym kroku – urocze; mieszkańców, którzy siedzą na zewnątrz, stąd tyle krzeseł na około, których nikt nie kradnie;)
Kapliczki z Matką Boską- są prawie na każdym rogu:
Niesamowicie malownicze miejsca, inspirujące i pełne folkloru. Natomiast jak pójdziesz wyżej zobaczysz bardziej zamożne dzielnice, firmowe butiki (Alie Saab, Loui Vitton itd. ) gdzie złoto po prostu płynie:)
Bejrut ma specyficzny zapach, powoli nim już przesiąknąłem- I like it. Ludzie niesamowicie gościnni i przyjaźnie nastawieni do innych. Momentami czuję się jak w filmach Pedro Almodovara, np. Moje śniadanie tak wygląda. Gdy wchodzę urocza pani serwuje mi tutejszy chleb z przystawkami witając mnie rozbrajającym uśmiechem, z charakterystyczną fryzurą i makijażem – klimat nie do opisania.
Sobota wieczór: go to party. I uwaga niespodzianka: nie używają miarki przy przygotowywaniu drinków. Nikt niczego Ci nie żałuje:):) haha… A ludzie szaleją kiedy zaczynają puszczać ich tutejsze gwiazdy like as: Feyrouz, Sabah, Majida el Roumi. Cały klub szaleje.
Pierwszy tydzień w atelier? Zaczął się od poznawania ekipy pracowników i pokazania mi całego atelier. I oczywiście przekazania mi przez Georgesa zadania jakim mam się zająć podczas mojego stażu.
So: we can start now:)
Rozkręcam się i oczywiście zamiast spać w nocy to ja myślę ciągle. Ale idea się rodzi, ewoluuje i koncepcja się wykluła:) Opłacało się nie spać.
Projekty mkną do przodu a wraz z nimi różne myśli. Jest 2 w nocy a ja wciąż siedzę przy laptopie opracowując projekty. A wraz ze mną mój towarzysz – Marian, którego przemyciłem z Polski :):
Powoli dobiegam do finishu.
Na co dzień siedzę w office Georgesa nieopodal jego atelier wraz z Zaina i Joe (pracują też u Georgesa). Bardzo sympatyczni I otwarci. Zabierają mnie na różne meetingi bądź spotkania. Zbiera się cała ekipa i dyskutuje- nic nie rozumiem z ich libańskiego języka więc tylko się domyślam o co chodzi, ale oczywiście nieraz omieszkam wtrącić i swojego zdania na temat projektu czy wykończeń bądź detali. I uwaga wszystko się tu błyszczy. Wszędzie coś musi zaświecić:) No coż poradzić taka klientela.
Atmosfera w Atelier jest bardzo przyjemna. Joe i Zaina: zauważam duże różnice jakie nas dzielą w projektowaniu czy procesu przygotowywania inspiracji i założeń do kolekcji. Ok., ja jestem w stanie zrozumieć ale czasem się zastanawiam co jest grane. I chyba nawet powoli wiem co jest na rzeczy.
Momentami czuję się jak alien, którego nikt nie rozumie.
Dziwnie się patrzą na mnie kiedy pstrykam zdjęcia różnym rzeczom, które mnie otaczają. A momentami jak i pokazuje różne zdjęcia jakie mam, bądź klipy muz. – zamierają z wrażenia. Haha – to prawie jak okno na świat:)
Zobacz także:










tesknimy za Marianem i …za Toba oczywiscie ;) wracaj Drzale ! xoxo