Dzisiaj ciężki dzień. Wyzbierałem wszystkie jakości tkanin i układałem swoją kolorystykę na podstawie tego, co jest dostępne; a także dodatki i detale.
Ogólnie jest tego dużo w Atelier Georgesa. Ale nie było tak łatwo. Joice, która jest odpowiedzialna za tkaniny okazało się, że mówi tylko po libańsku. Więc współpraca z nią była nie lada wyzwaniem: ja do niej po angielsku, ona po libańsku. Ale językiem obrazkowym jakoś się dogadałem, było naprawdę śmiesznie momentami. Tylko, że kiedy skończyłem i wróciłem do hotelu padłem jak kawka i obudziłem się dopiero rano.
Przypuszczam, że dopiero teraz zacznie się prawdziwa orka, kiedy przyjdą następne procesy jak: robienie konstrukcji, szablony, zszywanie. I cudem będzie, jeśli uda mi się odszyć moich 5 modeli na czas, bo są dość pracochłonne. Cóż zobaczymy.
Swoją drogą to powstawanie kolekcji w Atelier jak i przypuszczam innych Domach Mody jest dość żmudną pracą, jeśli chodzi o pierwsze procesy przygotowywania produkcji: wybieranie wszystkich jakości, kolorów, wzorów – począwszy od tkaniny, a skończywszy na małym guziczku, który znajdzie się w jakimś ukrytym miejscu. Wszystko musi być zaplanowane, wyliczone, jeśli czegoś nie ma – zamawiamy. I przypuszczam, że się unika spontanicznych zabiegów, zmian albo odkładania czegoś na później. Bo trzymamy się twardo projektu i go nie zmienimy.
Dlatego ciężko jest się trochę przestawić. Tym bardziej, że zawsze moje projekty ewoluują z każdym następnym krokiem i przy każdym dalszym procesie. Dlatego dla mnie projekt jest tylko punktem wyjścia.
Wczoraj z Zaina tak zacząłem: zaczęliśmy razem wybierać po kolei do każdego projektu tkaniny – nie dałem rady, musiałem sam zostać i przejąć swój sposób pracy. Więc się zanurzyłem w tkaninach i wybrałem to, co mi odpowiada. Od razu lepiej:)
ufff…. Dzisiaj jest 40 stopni – my God it’is very hotttt!!!!
Zobacz także:







