Zatopiony w muślinach, jedwabiach, satynach głowi się i trudzi, by dobrze zrealizować swoje zadanie. Ogólnie nie jest źle, ale szyfony to chyba bajka nie dla mnie. Obchodzić się z nimi muszę jak z nitrogliceryną; wszystko powoli, dokładne, bo inaczej wybuchnie. A na końcu tylko przychodzi ochota wszystko zniszczyć :) Coś zaczyna się rodzić, ale z miłą chęcią by mi się przydała pomoc.
Od wczoraj urzęduję w atelier (w końcu!), w pokoju, gdzie zazwyczaj szyją suknie ślubne. Wiszą wszędzie – sufit, ściany, pełno białego tiulu dookoła. Tam jest mój obecny rewir. Coco – główny technolog ma czuwać nade mną i służyć mi pomocą, jeśli będę miał jakieś problemy. Oj miałem i to duży problem z pewnym rozwiązaniem, ale musiałem sie trochę namęczyć, pomyśleć, aby mnie w końcu oświeciło. Generalnie sam daję sobie radę. Coco głównie pytam się o zdanie, co o tym myśli. Robota, powiedzmy, że idzie do przodu, ale czuję, że jeszcze jestem w polu. A tu jeszcze maja dojść embroidery i wyszywanie tymi wszystkimi świecidełkami – chroń mnie Boże, żebym tego nie robił ja! Najlepszy moment podczas pracy: nagłe zgaśnięcie całej energii, prądu nie ma, światła nie ma, robota stoi. Hahaha! To ponoć norma tutaj. Takie zastygnięcie trwa na szczęście tylko parę minut.
Minęły już dwa tygodnie, pełne dwa. Mam wrażenie, że to już koniec i w sumie to mam ochotę zostać jeszcze trochę dłużej. Jeszcze tyle miejsc nieodkrytych przeze mnie, tyle do zobaczenia – tylko pytanie, kiedy? Trudno będzie się rozstać z tym miastem. Dobra, koniec tego, bo jakaś melancholia się tu wkrada.
Dość…
zapiski z dn. 24.08.2010
Zobacz także:






